Tułaczki KOKF2010 dzień drugi i kolejny, czyli co po Sulęcinie

W sobotę 8.06 br. o godzinie 8.06, Roman, Jakub i Maciej wyruszyli z Sobótki do Sulęcina - Manewry Fajkowe Sulęcin 2019.

Nowy-1.jpg

Sobota upłynęła nam wprost cudownie wśród fajczarskiej braci i choć Roman opuścił nas wieczorem udając się do Kalisza, my pozostaliśmy w Sulęcinie na nocleg, by móc w niedzielny poranek udać się w dalszą drogę.

Nowy-2.jpg

W niedzielę 9.06 wstaliśmy z rana i po śniadaniu na świeżym powietrzu, pod wiatką domku, w którym spędziliśmy noc, ruszyliśmy w drogę. No nie tak zaraz. Mieliśmy wyruszać o 10.00, ale akurat ne tę porę wyznaczone było śniadanko organizowane przez fajczarzy z Sulęcina, dla tych, którzy zanocowali w podsulęcińskim Ostrowie. Pożegnaliśmy więc bractwo i o godzinie 10.20 ruszyliśmy w końcu na kolejny etap podróży. Droga powiodła nas na północ, do Szczecina. Mimo chwilowego poślizgu na starcie, dotarliśmy do miejsca zakwaterowania o założonym czasie (możemy śmiało polecić nocowanie w szczecińskich akademikach, czysto, schludnie i niedrogo). Mieliśmy niecałą godzinę, by dotrzeć w gościnne progi Irki i Ryśka. Szybko się ogarnęliśmy w pokoju i ruszyliśmy na spacer, by stawić się na umówione spotkanie. Zostaliśmy serdecznie przyjęci przez naszych gospodarzy. Dzień był gorący, więc chłodne piwo sączyliśmy siedząc na tarasie i oczekując na przybycie Kolegi Mieszka, którego dotąd znaliśmy jedynie z internetu. Kiedy zjawił się Mieszko, posiedzieliśmy jeszcze chwilę w oczekiwaniu na taksówkę, którą we czterech wyruszyliśmy do centrum Szczecina. Kolejny cel wyznaczył nam nasz gospodarz - Rysiek. Dotarliśmy do lokalu Kaukaz.

20190609_144957.jpg

20190609_145016.jpg

20190609_145023.jpg

W "Kaukazie" spędziliśmy około trzech godzin, rozkoszując się wyśmienitym jedzeniem i winem, opowieściami Ryśka i muzyką gruzińską. W lokalu rozbrzmiewała z cicha muzyka popularna, ale Rysiek "zapuścił" nam gruzińskie rytmy z telefonu. Rysiek wcielił się w postać gruzińskiego tamady - mistrza supry. Opowiadał nam o potrawach i napitkach gruzińskich, kaukaskich, wznosił kolejne toasty. Skosztowaliśmy miedzy innymi pierożków Chinkali, lulu kebab, szaszłyki, rewelacyjne kiszone warzywa, a to i inne potrawy z wyśmienitymi sosami i w towarzystwie wina Pirosmani. Spędziliśmy tam blisko 3 godziny, posiedzielibyśmy pewnie znacznie dłużej, ale nie mogliśmy tam rozkoszować się fajką.

20190609_170107.jpg

Przygotowaliśmy więc fajeczki i (po nas zdjęciu przez panią z obsługi) udaliśmy się na dalsze biesiadowanie do Ryśka. Niestety, na naszej drodze stanął pub irlandzki Dublin. Guinness z beczki jest wyśmienity.

20190609_173959.jpg

Biesiada rozpoczęta o 14-tej w "Kaukazie", przedłużona w "Dublinie" długo jeszcze miała się nie skończyć. Po 19-tej pożegnaliśmy się z Mieszkiem, który wrócił w domowe pielesze, a my "wróciliśmy" do Ryska, gdzie czekała na nas Irka. "Zatarasowaliśmy" korzystając z ciepłego, lecz już nie upalnego wieczoru. Irka podała po kawałku ... hmmm ... raczej wielkim kawale wybornego ciasta i kawkę. Pofajczyliśmy chwil kilka, porozmawialiśmy i ...

20190609_210105.jpg

20190609_210110.jpg

20190609_210031.jpg

gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, my przenieśliśmy się do wnętrza, gdzie przy stole, zakąskach i ukraińskiej wódeczce, kontynuowaliśmy nocne Polaków rozmowy, aż wybiła północ. Podziękowaliśmy wraz z Jakubem naszym cudownym gospodarzom, czekał nas kolejny dzień podróży.

Tak też dnia następnego, zaraz po godzinie 10.00 wyruszyliśmy w dalszą drogę ...

Nowy-3.jpg

tym razem do Kaczor pod Piłą, gdzie moi serdeczni Przyjaciele Beata i Zbyszek prowadzą Pracownię Renowacji Drewna. No i co? No i znowu jedzonko, pogaduszki i mija godzina po godzinie. Ale droga nas wzywała, chcieliśmy dotrzeć do domów wczesnym wieczorem. Ruszyliśmy więc w dalsza drogę i po przystanku na piskim i chodzieskim cmentarzu, gdzie zapaliłem światełko na grobach moich bliskich, około 19.30 dotarliśmy do Kalisza, gdzie wyładował się Kuba. Nakarmiłem jeszcze autko i o 20.05 byłem w domu.

Dwie i pół doby, impreza fajkowa, odwiedziny u znajomych, rewelacyjne jedzenie i zacne napitki. Wynik potworne zmęczenie fizyczne, ale "łepetyna" za to odpoczęła zacnie. Ktoś mógłby powiedzieć, że nadmiar bodźców może zmęczyć głowę ... a ja myślę, że nie ma czegoś takiego jak nadmiar pozytywnych bodźców. To napędza nas do dalszej egzystencji, przepełniając pozytywnymi przeżyciami i przemyśleniami. Drodzy Przyjaciele już za Wami tęsknię, jednocześnie cieszę się, że wkrótce z częścią z Was spotkamy się w Przemyślu - i pewnie też jakaś relacja będzie do poczytania.